Efekt weekendu

To jest książka o tym jak z własnej woli utraciliśmy prawo do weekendu i jak go teraz odzyskać. Już od 21 marca w przedsprzedaży na sklep.charaktery.eu, a od 6 kwietnia w księgarniach!

Kategoria: Product ID: 2686
Udostępnij:
Kup Teraz 

Opis

Przeczytaj wstęp do książki „Efekt weekendu” i przekonaj się, że autorka wie, o czym mówi…

Dzisiaj dla wielu zatrudnionych (i zadowolonych z tego powodu) osób tydzień pracy nie ma wyraźnego początku ani końca. Dopadła nas przewidywana w twórczości science fiction era cyfrowa, ale nie mamy ani lokajów, ani trzydniowego tygodnia pracy, przewidywanego przez ekonomistę Johna Maynarda Keynesa w 1928 roku. Normą dla zatrudnionych jest większa ilość pracy niż dekadę temu, a urządzenia, które miały przysporzyć nam wolnego czasu, zazwyczaj nam go odbierają. Weekend powoli stał się przedłużeniem oficjalnego tygodnia pracy, co z definicji oznacza, że przestał być weekendem. Wielu Amerykanów obecnie pracuje dłużej niż ich poprzednie pokolenie, a większość haruje setki godzin rocznie więcej na ten sam status, co ich odpowiednicy w krajach Unii Europejskiej. Publikacja amerykańskiego National Bureau of Economic Research (Krajowy Urząd ds. Badań Ekonomicznych) z 2014 roku podaje, że całymi godzinami w czasie weekendu pracuje 29 procent Amerykanów – w porównaniu z mniej niż 10 procentami pracowników hiszpańskich. Jeśli Hiszpanie zbyt kochają życie, by zrobiło to na nas wrażenie, oto inna statystyka: nawet pilni Niemcy pracują w weekend mniej niż Amerykanie – jest ich 22 procent. Pracownicy Zjednoczonego Królestwa są wyjątkiem wśród Europejczyków, „osiągając” w weekendy prawie tyle samo godzin co Amerykanie. Zwykli zresztą nazywać to zjawisko, niezbyt pochlebnie, „amerykańską chorobą”.

Rozpoznaję i ja tę chorobę. Wiele lat temu, przez krótki i niezbyt fajny czas, pracowałam jako au pair. Kilka lat po ukończeniu college’u snułam się tu i tam i przez kilka miesięcy moją przystanią stała się mała wioska na wietrznym wybrzeżu północnej Francji. W każdą niedzielę, jeśli mogę to tak ująć, Francja się zamykała. Nie było pracy. I nie było zakupów, co szokowało moje północnoamerykańskie Ja „szczura” zakupowego. Zamiast tego były WIZYTA i AKTYWNOŚĆ. Ciągnąc ze sobą troje dzieci, moja szefowa – samotna matka – i ja odwiedzałyśmy dziadków albo zanosiłyśmy kwiaty mieszkającej w domu opieki przyjaciółce rodziny. W niektóre weekendy bez zapowiedzi wpadali do domu sąsiedzi – posiłek i rozmowy przeciągały się do późna w nocy. Zawsze było jakieś wychodne: spacer wzdłuż plaży, wycieczka rowerowa, przechadzka po uliczkach pobliskiej wioski, oglądanie wystaw zamkniętych sklepów. Mogliśmy patrzeć, ale nie kupować. Te dni weekendu dawały poczucie rytuału wtopionego w kulturę, czegoś uświęconego. Czas wydawał się zwalniać. To były weekendy z wyobraźnią, bogate w doświadczenia, wyraźne oderwanie się od tego, co działo się wcześniej, i od tego, co miało nadejść później, w poniedziałek.

Teraz, gdy mam własne dzieci i jestem pisarką, praca przecieka w kolejne dni, a moja sobota często prawie wcale nie różni się od środy. Niekiedy czuję, że w sobotę jest właściwie jeszcze więcej zajęć. W weekendy zawsze odpowiadam na e-potrzeby klientów, choć nie mam takiego obowiązku. Ale kto z nas jest całkowicie wolny? Chodziłam na mecze piłki nożnej, w czasie których rodzice zajmowali się głównie swoimi iPadami, od czasu do czasu pokrzykując zdawkowo, wcielając się w rolę kibiców. TGIM („Dzięki Bogu, już poniedziałek”), żartuje przyjaciółka, gdy podwozimy do szkoły dzieci, z wdzięcznością zamieniając niezliczone domowe zajęcia na relatywny spokój w biurze.

Życie zawodowe bez wytyczonych granic nie jest już tylko rzeczywistością „wolnego strzelca” na rynku pracy ani domeną wysoko opłacanych prawników czy twórczych innowatorów z Silicon Valley. W erze postrecesyjnej dla wielu ludzi praca to łączenie różnych zajęć w niepełnym wymiarze godzin, bez ustalonego schematu tygodnia. Millenialsi zajmują się swoją pracą na obrzeżach prekariatu. Mój mąż jest nauczycielem i wieczorami, w czasie weekendów, zajmuje się mailami od zaniepokojonych rodziców i uczniów, a potem zagrzebuje się z powrotem w swoje analogowe zajęcia, takie jak ocenianie prac czy planowanie lekcji. „Jakbyśmy byli lekarzami, stale na wezwanie”, mówię mu, stojąc w drzwiach późno w nocy i spoglądając na znajomy widok jego pleców, gdy stuka w klawiaturę komputera. „W dodatku na niskich stawkach”.

Za wiele jest tych weekendów, gdy AKTYWNOŚĆ zostaje odroczona. Odkłada się WIZYTĘ. Odkłada się przyjemność i kontemplację. “Niedzielny wieczór to kolejny poniedziałkowy poranek” – woła tytuł w „The Boston Globe”, zauważając, że wielu pracowników rzuca się na poranne poniedziałkowe maile odsiedzeniu niedzielnego wieczoru przed skrzynką odbiorczą. Dyrektor ds. rekrutacji i inwestor ds. kapitału wysokiego ryzyka, z którymi przeprowadzono wywiad do artykułu, mówią wstydliwie: „Lepiej będzie, jeśli to zrobię w domu, bo wszyscy tak robią”. Dla tego samego powodu zrzekamy się niedzielnego wieczoru: nikt nie chce pozostać w tyle, więc biegniemy, gnamy, a nasze dni przepływają.

Arystoteles pewnie wściekłby się, widząc tak rażące zaniedbanie wypoczynku. Dla niego odpoczynek nie był tylko czasem poza zarobkową pracą. Nie byłby bezmyślną odmianą od zwykłych zatrudnień ani rutyną – całodziennym oglądaniem telewizji czy porządkowaniem szafy. Wypoczynek jest świadectwem wyższej kultury. Oddalony od niewolniczych zobowiązań winien być czasem refleksji, kontemplacji i myślenia. Ale dziś wypoczynek kojarzy się z lenistwem – to słowo mające konotacje z bezużytecznością i przywilejami. Jakby pozbawiony radości protestancki etos gdzieś w tym obszarze stał się rzeczywistością, jeśli nie mantrą. „Żyj, aby pracować” zamiast „Pracuj, aby żyć”. Żeby zrozumieć, jak idea wypoczynku straciła na wartości, wystarczy przywołać trącące myszką określenie „strój wypoczynkowy” czy „domowy” – modowe przestępstwo, zwalniające nas od troski o elegancki wygląd.

Zatem i ja nie zapewniam mojemu synowi zaspokojenia potrzeb. W sumie czuję to samo co on: czegoś mi brakuje i jest to brak dojmujący, zmieniający ciało i duszę. A przecież pamiętam moje własne dziecięce Ja, czekające na weekend już w piątek rano – z poczuciem wielkiego obszaru otwierających się przede mną możliwości. Dom wypełniali przyjaciele moi i moich rodziców. Nieciekawa telewizja zajmowała tylko cząstkę poranka. Ale przede wszystkim pamiętam swoje znudzenie i to, że z tej nudy brałam pióro i papier, odkrywając, że pisanie było dla mnie lepsze niż jakikolwiek sport, którego próbowałam, czy narysowany przeze mnie obrazek. Czas nie był napięty, lecz pojemny – był przestrzenią do eksploracji.

Te momenty żywego doświadczania weekendu zdarzają się teraz rzadziej i to nie tylko dlatego, że jestem starsza i trudniej mi się czymś zachwycić. Mój czas wyparowuje, a noce i dni pochłania praca i niekończący się łańcuch domowych zajęć, które powodują, że jestem opryskliwa i obca dla samej siebie. W sondażu przeprowadzonym w 2013 roku 81 procent amerykańskich respondentów powiedziało, że w niedzielę wieczorem czuje przygnębienie. Oczywiście, ta melancholia nie jest związana z nadchodzącym tygodniem pracy, ale z żalem z powodu utraconej szansy – jeszcze jednego straconego weekendu.

Takich niedziel, po których wyłączałam światło w pokojach moich dzieci, przepraszając za dwa poprzednie i kończące się totalnym wyczerpaniem kiepskie dni, było zbyt wiele. Zdecydowałam się wejść głębiej w problem weekendu i zastanowić się, przez co go utraciliśmy i co oznacza życie bez niego. Gdy rozpoczęłam badania, dwie rzeczy stały się dla mnie jasne: po pierwsze, że nie jestem jedyna z problemem rozczarowania niedzielnym wieczorem, i po drugie, że ludzie inteligentniejsi ode mnie walczą o zachowanie weekendu – i wygrywają. Rozmawiałam z osobami, które żarliwie chronią swoje weekendy dla spraw, które kochają. Są to naczelni dyrektorzy tak obmyślający tydzień pracy, aby spędzać czas ze swoimi rodzinami, odnoszące sukcesy korporacje, które zaczynają oferować czterodniowy tydzień pracy i firmy proszące swoich pracowników o odłożenie telefonów w piątek wieczorem i powrót do nich dopiero w poniedziałek. Shonda Rhimes, niesamowicie płodna i odnosząca sukcesy pisarka, producentka i scenarzystka, znana z takich serialowych hitów jak Grey’s Anatomy (pol. Chirurdzy) i Scandal (“Skandal”), nie odpowiada na maile wieczorem czy w weekendy – jest samotną matką z trójką dzieci, zajętą bardziej niż przeciętna głowa państwa. To inni muszą się do niej dostosować.

I dlatego spróbowałam pójść za przykładem ludzi, którzy weszli w nową relację z czasem – relację, w której wypoczynek jest tak cenny jak każde inne dobro materialne czy profesjonalne uznanie. Efekty odzyskania utraconych weekendów zaskakują każdego: odzyskujesz swój dziecięcy entuzjazm i poczucie możliwości. Wydobywasz na powierzchnię swoje Ja, przysypane przez pracę. I w końcu odkrywasz, że dobrze przeżyty weekend jest furtką do dobrze przeżytego życia.

To jest książka o tym, jak zdobyliśmy prawo do weekendu i jak go z własnej woli utraciliśmy. A przede wszystkim jest to książka o tym, jak go odzyskać.

Dodatkowe informacje

Autor

Katrina Onstad

Wydawnictwo

Charaktery

Opinie

Na razie nie ma opinii o produkcie.

Napisz pierwszą opinię o “Efekt weekendu”